~Perspektywa Jessici~
-Bardzo mi przykro, ale jego życie zależy od tej doby. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać.
Szanse są minimalne, ale są.
To moja wina, jeżeli on nie przeżyje to ja... Nie! On przeżyje! Musi!
Zrobi to dla swojej rodziny, chłopaków, fanek... On przeżyje. Błagam! On nie może mnie... to znaczy nas zostawić. On musi żyć. Muszę usiąść.
-Jessica, skarbie...
-Tak Perrie?
-Powinnaś jechać do domu i się położyć.
-Nie, nie zostawię go, nie w takiej chwili, nie zrobię tego, ponieważ to z mojej winy on tu leży
i umiera.
-Jess, to nie twoja wina...
-To mnie próbował dogonić.
-Próbował cię dogonić, ale to nie twoja wina, że wbiegł pod samochód.
-Ale...
-Jess jesteś w ciąży, nie możesz się narażać na stres.
-Jeżeli pojadę do domu to będzie jeszcze gorzej.
-Rozmawiałam z lekarzem, pozwolił wejść do sali dla dwóch osób.
-Dan kiedy ty...
-Zaraz po tym jak odszedł.
-Więc... Kto idzie?
-No, na pewno jego mama.
-I kto jeszcze?
-Moim zdaniem powinna iść Jessica.
-Nie może się stresować.
-Dlaczego?
-No bo ona jest w ciąży... z Lou.
-Mój synek będzie miał dziecko?
-Tak.
-Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi... jeżeli on przeżyje.
-On nie umrze, zobaczycie, jeszcze będziemy się z tego śmiać.
-Mam nadzieję.
Minęło już 26 h a my nada nie wiemy co z Lou. Tak się martwię.
Co do tego kto przy nim czuwał to była to jego mama i ja.
Ciężko było przekonać do tego Perrie, ale się udało.
Mam nadzieję, że on z tego wyjdzie, musi...
-Witam państwa.
-Dzień dobry, i co z nim?
-Pan Tomlinson...
__________________________________
Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Miałam szlaban za tragiczne oceny.
Do tego nie miałam weny.
I jeszcze taki krótki badziewny rozdział, ale lepiej trochę, niż nic.
W sobotę postaram się dodać już normalnie rozdział, a i będzie dłuższy niż ten.
Kocham Was i jeszcze raz przepraszam.